browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Dzień 1 (Lubomierz – Upice)

Posted by on 22 marca 2012

Dzień 1:
Lubomierz – Jelenia Góra – Kowary – Przełęcz Okraj – Mala Upa – Horni Marsov – Trutnov – Upice
długość: 110 km

Mapka trasy:


Trasa rowerowa 1471415 – powered by Bikemap

No i wreszcie nadszedł ten dzień… W poniedziałek skoro świt założyliśmy sakwy na rowery i ruszyliśmy w drogę. Po raz pierwszy tylko we dwoje, zdani na własne siły i własne umiejętności. Czy nam to się uda? Czy nasze rowery obładowane do granic wytrzymałości wytrzymają trudy trasy? Czy wreszcie my to wytrzymamy? Czy po paru dniach nie wrócimy pociągiem z poczuciem niezrealizowanego planu i być może jeszcze skłóceni ze sobą? Niedługo się o tym przekonamy, na razie jedziemy.

Do Jeleniej Góry dojechaliśmy po godzinie szóstej, na zakupy za wcześnie, a musimy dokupić nieco waluty obcej, bo nie posiadamy przy sobie ani koron, ani euro, ani tym bardziej forintów. Więc dalej w drogę. Z Jeleniej Góry w stronę Mysłakowic prowadzi piękna ścieżka rowerowa, pogoda jest znakomita, śliczne widoki na Karkonosze, które dziś jeszcze mamy pokonać, czego chcieć więcej… Nawet nie zmartwiło nas specjalnie to, że już przed Mysłakowicami, na końcu  ścieżki rowerowej, pomyliliśmy drogi i zamiast w stronę Kowar pojechaliśmy do Łomnicy, nadkładając około 10 km.

I tak dojechaliśmy do Kowar. Miasto zmienia się na korzyść i sprawia miłe wrażenie. I zawsze można spotkać kogoś, kto zainteresuje się celem naszej wyprawy. Ale oprócz miłej rozmowy z mieszkańcem Kowar, również rowerzystą, ważnym zadaniem było nabycie obcej waluty. W kantorze można było kupić korony i euro, ale o forintach nie było nawet mowy. Ale właściciel kantoru pocieszył nas, że na Węgry najlepszą walutą jest euro i najlepiej wymienić je na miejscu na forinty. Niech i tak będzie.

Trochę się spieszymy, bo przed nami Karkonosze, przełęcz Okraj, na którą wdrapać się nie będzie łatwo. Opuszczamy więc Kowary i jedziemy w stronę grzbietu Karkonoszy. Podjazd robi się coraz bardziej stromy. Nie oszukujmy się, znamy tę trasę z samochodu, wiemy, że jest wymagająca, ale mimo wszystko z roweru jakoś inaczej wygląda. Trochę nas ten podjazd wymordował, ale w końcu stanęliśmy na Przełęczy Okraj. A właściwie usiedliśmy i za bardzo nie chciało nam się stąd ruszać.

No to najtrudniejszy element wyprawy mamy za sobą. Tak nam się przynajmniej wydawało. Jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy, jakie niespodzianki terenowe szykują nam Czechy. Ale na razie piękny zjazd do miejscowości Horni Marsov, gdzie wreszcie udało nam się zatrzymać. W sam raz na obiad.

Horni Marsow – to urokliwy górski ośrodek wypoczynkowy, cicha, malownicza miejscowość ulokowana na południowych zboczach Karkonoszy.

W tej restauracji jedliśmy obiad

W tej restauracji jedliśmy obiad

Obiad był pyszny, obfity (Czesi jedzenie podają na dużych talerzach i wcale nie są za duże w stosunku do ilości jedzenia na nich), cena z menu wydawała się do zaakceptowania. Jednak rachunek nas nieco zadziwił (320 Kc), był zdecydowanie wyższy, niż nasze oszacowanie, ale jeśli ktoś zamiast piwa chce pić do obiadu mirindę (po 25 Kc za małą buteleczkę), to musi się tego spodziewać ;-). Inne ceny obiadowe: pieczona pierś z kurczaka, warzywa i ziemniaki – 150 Kc, stek wieprzowy z frytkami – 120Kc. Po smakowitym obiedzie – na deser lody, jeszcze rzut oka na miasteczko i jedziemy dalej, bo do noclegu jeszcze daleko.

Następne miasto na drodze – to Trutnov. Znamy je z wcześniejszych wycieczek rowerowych z Romkami. Warto je obejrzeć choćby dla ładnie odrestaurowanej starówki i rynku ze spiczastym ratuszem i fontanną Karkonosza. Jest tu również browar Karkonosz, z którego piwo znamy dobrze z corocznych inauguracji sezonu rowerowego w Zaclerzu.

Wyjeżdżając z Trutnova w stronę Upic nie po raz pierwszy tego dnia nieco zmyliliśmy drogę i trochę na okrętkę, dokładając kolejne 10 km, parę minut przed godziną  18 dojechaliśmy na miejsce pierwszego noclegu – kemping w Upicach przy ulicy Dr. Hejny 133. Gdybyśmy dotarli po godz. 18.00 – byłby problem, bo obsługi już by nie było. Choć mamy ze sobą namiot – wynajmujemy domek kempingowy, bo cena wydaje się nam przystępna (400 koron) a domki są bardzo schludne. Ten kemping okazał się najlepszym na całej naszej trasie i gorąco go polecamy. I co ważne – Pani z obsługi miała w sprzedaży chłodne piwo, które dla rowerzysty po całodziennej jeździe i po przebytych 110 km jest jak balsam.

W strojach wieczorowych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *