browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Dzień 8 (Plößberg – Etzelwang)

Posted by on 5 lipca 2012

Dzień 8:
Plößberg – Neustadt an der Waldnaab – Altenstadt an der Waldnaab – Grunthal – Parkstein-Hutten – Hutten – Vilseck – Edelsfeld – Schnellersdorf – Oberreinbach – Waldlust – Neukirchen bei Sulzbach-Rosenberg – Etzelwang

długość: 80 km

Mapka trasy:

Ranek jest pogodny, więc wstajemy w dobrych nastrojach, zmęczenie wczorajszego dnia minęło bez śladu. Dziś jest niedziela, więc planujemy udział we mszy świętej. I mamy taka świetną okazję już z samego rana, bo w miejscowości  Neustadt an der Waldnaab jesteśmy akurat pół godziny przed mszą.

 

I jak tu po takim apelu zostawić śmieci?

I jak tu po takim apelu zostawić śmieci?

Neustadt w remoncie

Neustadt an der Waldnaab trochę w remoncie

Panorama miasta

Panorama miasta

Z dużą pieczołowitością ustawiamy rowery koło kościoła, tak żeby nie chciały się przewrócić, tym bardziej, że zostawiamy wraz z nimi cały nasz sprzęt znajdujący się w sakwach. Wzbudzamy duże zainteresowanie naszymi obładowanymi rowerami, ustawia się przy nas grupka ludzi idących do kościoła. Z trudem objaśniamy, że przyjechaliśmy na rowerach z Polski i jedziemy nad jezioro Bodeńskie. Ludzie z uznaniem kiwają głowami, próbują nawiązać z nami rozmowę, niestety niewiele z tego wychodzi, bo nasz niemiecki jest bardzo opłakany. Ale czujemy dużą serdeczność mieszkańców.

W kościele jest jeszcze pusto

W kościele jest jeszcze pusto

 

Przygotowania do mszy

Przygotowania do mszy

Choć niewiele rozumieliśmy, byliśmy zachwyceni atmosferą mszy, pięknie śpiewającym chórem, uczestnictwem ludzi w liturgii. I chyba dlatego przez chwilę jedynie pomyślałem o moim Garminie, który pozostał na kierownicy roweru. Ale nie chciało mi się wierzyć, żeby ktoś z mieszkańców tego sympatycznego miasta mógłby coś z naszego dobytku „pożyczyć”. I tak faktycznie było – rowery z całym sprzętem nienaruszonym stały tam, gdzie je zostawiliśmy. Pomyśleliśmy sobie, jak długo jeszcze będziemy się zadziwiać zwykłą uczciwością ludzi…

Po wyjściu z kościoła mieszkańcy życzyli nam szczęśliwej podróży, zatem – w drogę. A droga zaczyna nam stawać dęba, bo wjeżdżamy w górki. Na horyzoncie jest wzgórze z zamkiem. No cóż, odpuścimy sobie zwiedzanie zamku, nie będziemy wjeżdżać pod górę, a tu okazało się, że całe miasto Parkstein jest na tej górze i droga również tam prowadzi, objazdu wzgórza nie ma.

Myśleliśmy, że na górze jest tylko zamek, a okazało się, że całe miasto Parkstein również

Myśleliśmy, że na górze jest tylko zamek, a okazało się, że całe miasto Parkstein również

 

Parkstein

Parkstein – miasto na bazaltowym wzgórzu

Dziś bardzo mozolnie nabijamy kilometry ze względu na duże pofałdowanie terenu. Kolejne bardzo stare, ładne i zabytkowe miasto na trasie to Vilseck. Znane jest również z lokalizacji amerykańskiej bazy wojskowej obok miasta stąd też zapewne amerykańska flaga powiewa w rynku.

Rynek w Vilseck i zabytkowa wieża

Rynek w Vilseck i zabytkowa wieża

Głód daje znać o sobie, więc szukamy jakiegoś miejsca na zjedzenie obiadu i znajdujemy przytulną restaurację, gdzie zjadamy dwa 3-daniowe obiady za 22 euro. I byłoby pięknie, gdyby nie to, że panie siedzące sobie przy stolikach przed restauracją zmieniły miejsce pobytu na salę restauracyjną, co mogło oznaczać tylko jedno: zaczęło padać!

Na rowerach to my nie chudniemy

Na rowerach to my nie chudniemy

No i rozlało nam się. Z mniejszą lub większą siłą deszcz padał aż do mety, czyli do kempingu w Etzelwang. Jeszcze na dodatek zamiast jechać główną drogą i dojechać szybko na miejsce, wybrałem opcję polnych dróg, które ładnie wyglądały na mapie w GPSies.com, a o wiele gorzej w deszczowej rzeczywistości. Trafiliśmy w gęsty las, który był chyba poligonem dla myśliwych, bo często napotykaliśmy tarcze w kształcie dzików lub jeleni, słychać z daleka odgłosy wystrzałów, tylko tego trzeba nam było do pełni szczęścia. Na dodatek nasz Garmin też  w lesie zwariował i prowadził nas w przeróżne strony. W końcu, gdy doszliśmy do wniosku, że już jesteśmy wystarczająco zmoczeni, ubłoceni i wściekli – skierowaliśmy się w stronę szosy i bez problemów dojechaliśmy na kemping  Frankenalb przy ulicy Nürnberger Straße 5 w Etzelwangu. Pierwszy raz podczas tej wyprawy przyszło nam rozbijać namiot w deszczu. Sympatyczna pani z obsługi życzyła nam poprawy pogody i skasowała nas na 12 euro, natryski z letnią wodą po 1 euro. Na szczęście jest to koniec weekendu, na kempingu pusto, więc okupujemy kuchnię, gdzie rozwiesiliśmy nasze mokre rzeczy, rozstawiliśmy jedzenie i myślimy już optymistycznie o pięknej pogodzie następnego dnia. Może taka będzie?

Wieczór spędzamy na zapleczu socjalnym kempingu

Wieczór spędzamy na zapleczu socjalnym kempingu

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *